Wrzesień to miesiąc, który żyje w dwóch światach jednocześnie. Z jednej strony — poranne mgły snujące się między jabłoniami, złote światło słońca o niskim kącie padania i pajęczyny błyszczące w rosie jak naszyjniki z pereł. Z drugiej — ziemia lepka jak glina garncarska, taczki po brzegi wypchane gruzem i całe dnie spędzone w roboczych butach.
Dla kogoś patrzącego z boku mój ogród teraz wygląda spokojnie, wręcz sielsko.
Ale wystarczy przekroczyć furtkę, żeby poczuć, że to nie sielanka, tylko prawdziwy plac budowy.
Ziemia, taczki i plan wielkiej przebudowy
Przełom lata i jesieni to u mnie czas intensywnych prac ogrodowych. Gdy inni powoli odkładają grabie i nożyce, ja łapię za łopatę. Moim celem jest poszerzenie jednej z rabat oraz stworzenie nowego miejsca w ogrodzie – placu grządek podwyższonych.
Od świtu słychać brzdęk łopaty i innych akcesoriów ogrodniczych przydatnych w porządkowaniu przestrzeni. Ściągam darń i układam ją w miejscu, gdzie przyszły warsztat musi się podnieść o pół metra i potrzeba mi około 7 metrów sześciennych ziemi na wyrównanie podłóg. Po usunięciu darni wyrównuję powierzchnię i zmieniam bieg ścieżek, obrzeży, od nowa układam kostkę, a wreszcie ściółkuję powiększone rabaty korą sosnową – moim ulubionym materiałem do ściółkowania na rabatach ozdobnych.
Te prace nie należały do najlżejszych, gdyż ściąganie suchej ziemi nie należało do najłatwiejszych zabiegów. Sierpień był suchy, żeby nie powiedzieć – bardzo suchy – odbiło się to na wierzchniej warstwie gleby złożonej głównie z gliny. Ta w takich warunkach zamienia się w skałę. A pracując przy skałach – można się namęczyć. Jednak! Udało się. Skrupulatne prace „archeologiczne” doprowadziły do zamiany starego w nowe – powiększona rabata jest gotowa i czeka tylko na październikowe nasadzenia.
Garaż, warsztat i wielkie porządki
Poza pracami ziemnymi przy rabatach cały czas prowadzę prace ziemne przy terenie pod nowy garaż, który w trakcie prac okazał się terenem pod coś innego, gdyż koncepcja lokalizacyjna garażu się zmieniła i ten powstanie w innym miejscu. Ale plac przygotowywany pod garaż w miejscu poprzednim – przyda się i to bardzo. I tutaj bawiłem się ostatnio w kamieniarza kując większe bloki kamienia i starych fundamentów po gnojowni na kruszec, który będzie podbudową tego placu. Było co robić i ręce, szczerze, odpadały.
Ale to nie było wszystko, gdyż jest jeszcze do uzupełnienia ziemią teren w stodole pod przyszły warsztat. Tutaj prace są daleko posunięte i ziemia jest już praktycznie w całości nagromadzona. Komuś mogłoby się wydawać, że co to niby takiego wielkiego, uzupełnić to miejsce brakującą ziemią. Otóż, w ogrodzie ziemię z jednych miejsc zbierałem i ją przenosiłem do stodoły w miejsce przyszłego warsztatu. To zajmowało czas i wiązało się z pracami w innych miejscach i przy innych projektach, więc nie mogło stać się na hura i na już. Ale udało się.
Ogórki, słoiki i zapach dzieciństwa
Ale nie samą łopatą człowiek żyje. Między jednym a drugim transportem kruszywa biegnę do grządek zebrać ostatnie ogórki z letniego siewu. Są chrupiące, jędrne, zielone jak szmaragdy i aż proszą się, by zamknąć je w słoikach.
Robiłem z nich sałatkę na zimę. W zalewie z octu i oleju znajdowały się poszatkowane ogórki, pomidory, cebula, czosnek, papryka i marchew. Jeżeli będziecie zainteresowani, umieszczę tu przepis na tę sałatę. Jest sprawdzony, a sałata jest pyszna i idealnie nadaje się jako dodatek do drugiego obiadowego dania.
Ale nie tylko ogórki zmieniają ostatnio swoją postać. Bo najwięcej pracy jest teraz przy sokach – z malin, jeżyn. Wkrótce także z winogron. Natomiast jabłka posłużą do produkcji kompotów. A w tym roku owoców jagodowych jest u mnie mnóstwo – półki w spiżarce zapełniają się bardzo szybko. Z takim zapasem cennych witamin i składników odżywczych zima nie będzie mi straszna.
Mgły, chłody i ciche oczekiwanie
A czuć już chłód. Czuć. Co prawda nie jest to chłód zimowy (na całe szczęście), ale następuje wyraźna zmiana. Wkrótce równonoc, a potem dzień będzie coraz krótszy – słońce odda pola nocy i nie uda mu się już nagrzewać świata za dnia w takim stopniu, żeby utrzymywać przyjemną temperaturę też po zmroku i przed świtem.
Wieczorami wychodzę na taras lub balkon i po prostu patrzę. Mgła snuje się leniwie w dolinie, światło lamp rozlewa się na mokrych liściach jak miód, a powietrze ma ten szczególny chłód, który mówi: „to już koniec lata”. Pajęczyny błyszczą w trawie, jakby ktoś rozsypał brokat. Wszyscy na Instagramie pokazują złotą godzinę, suszone trawy, dynie w koszach i pierwsze swetry — i ja też czasem daję się ponieść tej estetyce, bo jest w niej coś kojącego.
Ale w głowie mam coś zupełnie innego: pragnienie deszczu. Od tygodni czekam, aż przyjdą prawdziwe jesienne opady — takie, co nie tylko zmoczą liście, ale wsiąkną głęboko w ziemię, napoją studnię, pozwolą glebie odetchnąć po tym suchym, wyciskającym sierpniu. To trochę jak czekanie na gościa, który zawsze przychodzi za późno, ale zawsze przynosi coś dobrego. I w ostatnich dniach na szczęście dotarł. Chciałbym tylko, aby powracał chociaż co drugi dzień.
Wrzesień — nie sielanka, a piękny chaos
Patrzę czasem na zdjęcia mojego ogrodu i śmieję się pod nosem. Na fotografiach wszystko wygląda tak spokojnie: promienie słońca na liściach, róże jeszcze kwitnące, kocie łapy na tle rudziejącej trawy. A w rzeczywistości?
W rzeczywistości biegam z taczką, łopatą, koszem ogórków i aparatem w kieszeni, próbując złapać mgłę zanim się rozwieje. Nie miałem czasu pisać — i może to dobrze.
Bo ten czas jest właśnie na to, żeby zanurzyć ręce w ziemi, zamieszać łychą gotujący się sok, posprzątać wióry z cięcia drzewa i poczuć ten urokliwy chaos końca lata.
Wrzesień jest jak orkiestra — każdy instrument gra coś innego, każdy w innym tempie, a jednak razem tworzą melodię, która budzi ciarki na skórze. I choć pod koniec dnia jestem zmęczony jak po maratonie, to czuję, że to właśnie jest mój kolejny, ulubiony moment w roku: ten przełom między latem a jesienią, kiedy ogród żyje najgłośniej, zanim przyjdzie mu później zamilknąć na zimowy czas.


Dodaj komentarz